TEKSTY ARCHIWALNE

OBA Ryszard Grzyb & Marcin Osiowski, „Piękna dezynwoltura. My oba to trzecia osoba”

Muzeum Rzeźby im. Xawerego Dunikowskiego, Oddział Muzeum Narodowego w Warszawie,

Wstęp do katalogu, autor Dorota Monkiewicz

 

Malowanie NICZEGO

Pewnego dnia Ryszard Grzyb oświadczył mi, że teraz robi coś zupełnie nowego i wyjął z kieszeni fotografie z reprodukcjami dwóch obrazów. Były to: Portret róży i Pejzaż, w którym urodził się Andy Warhol. Na pierwszy rzut oka wyglądały jak kompozycje abstrakcyjne - przeprowadzona bez nadmiernego zaangażowania gra jasnych, lekkich pigmentów na płótnie. Szczególnie Róża wydala mi się wówczas jakąś nową wersją informelu bez zobowiązań, przetłumaczonego ponadto na gamę barwną współczesnego wzornictwa. Bez zobowiązań znaczy tu tyle, co bez absolutyzacji indywidualnego gestu artysty, z którego wywodziła się w latach czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego wieku cala sfera filozoficznych, egzystencjalnych pretensji dzieła sztuki. Celem malowania nie było wówczas przedstawienie, lecz doświadczenie procesu stwarzania obrazu, wynikającego z działania życiowych instynktów, reprezentowanych przez biologiczne ciało artysty. Jeśli jednak zmuszeni jesteśmy uznać, że obydwa obrazy są przedstawieniowe, bo pierwszy przedstawia kwiat, a drugi pagórkowaty pejzaż z wysokimi szczytami na horyzoncie, to pojawia się pytanie, na czym polega ta współczesna wersja malowania NICZEGO?

Przedstawienie malarskie jest tego rodzaju wypowiedzią, która przerywa bieg ciągle przekształcającego się kontinuum naszego życia. Jako wypowiedź już dokonana i zredagowana izoluje wybrane momenty ze strumienia codzienności, utwierdza różne kategorie bytów w ich niewzruszonym istnieniu, zapewnia im trwałą i niezmienną podstawę wizualną. Jednak to stwierdzenie nie dotyczy Pejzażu, w którym urodził się Andy Warhol. „Niezmierna lekkość bytu”, celebrowanie pustki płótna, rozgrywanie anegdoty obrazu na powierzchni, podkreślanej m.in. przez spływające po płaszczyźnie pionowy czerwone linie - wszystko to są wizualne preteksty, parawany, za którymi niczego już więcej nie ma; ani emocjonalnego przeżycia, ani metafizyki, ani rzeczywistości.

Takich obrazów nie było wcześniej w twórczości Ryszarda Grzyba, którą obserwuję już od blisko dwudziestu lat. Stoi za nimi nowy duet artystyczny „My oba to trzecia osoba”, z intrygującym udziałem Marcina Osiowskiego. Zanim coś jednak uda się powiedzieć o alchemii tego wspólnego działania, istotna jest wiedza o losach ich indywidualnych dróg artystycznych i charakterze ich osobnej twórczości.

Ryszard Grzyb stal się znanym w Polsce malarzem w latach osiemdziesiątych, jako członek warszawskiej Gruppy, najważniejszej wówczas formacji tzw. nowej ekspresji. Chociaż ze względu na okoliczności historyczne polskiego stanu wojennego Gruppa tworzyła sztukę mocno zaangażowaną w ówczesne realia polityczne, w malarstwie Grzyba działał przede wszystkim zmysł groteski oraz ostre wyczulenie na absurdy rzeczywistości. Jego prace wyróżniały się własną, indywidualną ikonografią, nawiązują do sztuki dziecka i ludowego prymitywni. Witalistyczne aspekty malarstwa Grzyba uzewnętrzniły się w pełni w okresie następnej dekady, kiedy jego sztuka została uwolniona od politycznych konieczności. Namiętny miłośnik zmysłowych postaci świata, chętnie malował zwierzęta wpisane w geometryczne siatki, fantazyjne ornamenty i wzorki, często nawigujące do dekoracyjnych motywów, pojawiających się w rzeczywistym otoczeniu autora. Tematem obrazów Grzyba jest w równym stopniu malarstwo jako zespól wszystkich jego środków wyrazowych, które zagęszczone i skumulowane w nakładających się na siebie planach wytwarzają wrażenie horror vacui. Dopełniając charakterystyki tej niezwykle bogatej, wielostronnej osobowości, należy jeszcze dodać, że Ryszard Grzyb jest wyjątkowo uwrażliwiony na przejawy spontanicznej ekspresji językowej, które zapisuje i które często stanowią pobudkę do namalowania obrazu lub jego skomentowania zabawnymi, poetyckimi tytularni. Pisze również wiersze. Działanie wspólne z innym artystą czy też działanie grupowe nie jest niczym nowym w jego karierze. Seanse wspólnego malowania jeszcze w czasach Gruppy miały charakter ludyczny, ale też spełniały ważną funkcję wyzwalającą wobec ograniczających konwencji i przyswojonych już procederów malarskich.

Te same powody przyświecały podjętej przez Grzyba w 1999 roku współpracy z Pawłem Kowalewskim, również członkiem rozwiązanej w latach dziewięćdziesiątych Gruppy. Wspólne sesje rysunkowe polegały na przedstawianiu czegokolwiek, co właśnie znalazło się w polu widzenia, a że przesiadywali w kuchni - były to warzywa, owoce i w ogóle różne produkty żywnościowe oraz bukiety kwiatów w stojącym wazonie. Celem było osiągnięcie bezpośredniości przedstawienia, dotarcie jak najbliżej do rzeczowej natury modeli, poza stylem i poza osobistą manierą malarską. Doświadczenia z tych sesji Ryszard Grzyb przenosił do swojego malarstwa. Jednak podjęta następnie współpraca z Marcinem Osiowskim spowodowała całkowitą zmianę kierunku jego zainteresowań.

Marcin Osiowski jest prawie rówieśnikiem Grzyba, jednak ich drogi nie miały szansy przeciąć się w latach osiemdziesiątych. Marcin jest typem beztroskiego globtrotera, obieżyświata, kolekcjonera wrażeń. Od 1981 osiedlał się w różnych miastach europejskich, a dłuższy czas mieszkał w Londynie. Antwerpii i Kopenhadze. W Polsce Osiowski rozpoczął Studia na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskie, w Antwerpii korzystał w charakterze wolnego słuchacza z zajęć, prowadzonych w pracowniach malarskich Akadem Sztuk Pięknych. Jednak tak naprawdę studiował w galeriach, muzeach, by na przykładach znajdujących się tam obrazów zgłębiać problem źródeł malarstwa. Tym studiom towarzyszyła lektura Uwag o kolorach Ludwiga Wittgensteina: „Zacząłem wymyślać obrazy do tych aforyzmów i tak przeszedłem na stronę abstrakcji”. Malarstwo Marcina jest bardzo skupione, ściszone. Syntetyczne płaskie obrazy o zawężonej, prawie monochromatycznej gamie barwnej powstają czasami przez wiele lat. Przy tak niewielkiej liczbie danych wzrokowych ważny jest każdy zaciek lub przetarcie farby na płótnie, każde miejsce wykroczenia poza materię malarską - czy to przez wprowadzenie jakiejś samotnej litery lub geometrycznego kształtu, czy przez znalezienie miejsca na wklejenie kawałka papieru. Estetyczna aura jego prac nie ma jednak nic wspólnego ze szlachetną wzniosłością. Panują tu raczej intermedialne klimaty z kręgu Fluxusu.

Obrazy z wklejonymi papierami, szklane obiekty wypełniane różnymi poślednimi materiałami i eksponowane w pałacowych wnętrzach oraz współpraca w Danii z eksperymentalną, performersko-muzyczną grupą Skræp wskazują na różne kierunki jego fascynacji.

Marcin Osiowski osiedlił się ponownie w Polsce pod koniec lat osiemdziesiątych. Do Grzyba zbliżyło go podobne poczucie humoru, a przede wszystkim wspólny im obydwu rodzaj przewrotnej inteligencji, wyczulonej na banał, logiczne sprzeczności i umysłową pustkę publicznych debat. Teraz ćwiczą razem ów zmysł groteski, który leży u podstaw ich współpracy. „Moja sympatia do Grzyba wzięła się z nienawiści do telewizora. Zobaczyłem wywiad z Grzybem w »Pegazie«. Na pytanie dziennikarki »Co pan ostatnio malował? «, Grzyb odpowiedział: »Zające«. »A co pan będzie malował? « »Króliki« zakończył Grzyb szybko". Tę anegdotę opowiada ze śmiechem Marcin Osiowski.

Jak dwóch malarzy maluje razem jeden obraz

„Nasze spotkania w pracowni mają charakter »jam sessions«. Najpierw zadajemy sobie temat i potem ja robię podmalówki. Mam w pracowni bardzo dużo zdjęć z wielu podróży: w głąb Afryki, do Azji, Ameryki czy gdziekolwiek indziej. Czasami są to ilustracje z książek, czasami stare rysunki Grzyba, a także jego nowe rysunki zrobione w komputerze. Jeśli wybieram reprodukcję, to zazwyczaj mam jakąś koncepcję na jej wykorzystanie. A potem przychodzi Grzyb i robi coś całkowicie innego, ale ja to akceptuję" (Marcin Osiowski). „Ustalamy koncepcję, ale nie to, co kto namaluje. W trakcie pracy odbywa się rozmowa gestów, a nie słów. Malujemy w milczeniu. To, co mnie w tym interesuje, to moment przekroczenia samotności artysty. Malarz jest zawsze sam przed płótnem i w samotności musi podejmować decyzje. Tutaj jest inaczej, bo kiedy ja maluję, Marcin stoi za moimi plecami. Obserwuje to, co ja robię, i intelektualnie obejmuje proces powstawania obrazu. Kiedy ja się zmęczę i nie wiem co dalej wtedy on ma pełną orientację w sytuacji podchodzi do płótna i kontynuuje. No i tak na zmianę (Ryszard Grzyb).

Marcin działa raczej płaszczyznami, a Grzyb ornamentem, który ten pierwszy często dekonstruuje, wymazuje, wprowadza strefy nieciągłości, przez co przedstawienie staje się niestabilne, ruchome – nieokreślone co do natury reprezentowanych bytów.

 

Opowieści o kilku obrazach

Zdejm gnoju kapelusz to dwie duże, historyczne kompozycje oraz pewna liczba studiów do tego obrazu, które powstały po namalowaniu pierwsze, dużej wersji. Tytuł został zainspirowany kampanią wyborczą do parlamentu w 2001 roku i komentuje postawy polityczne, naruszające autorytet demokratycznych instytucji państwowych, ikonograficznym źródłem cyklu była rycina Williama Hogartha Hudibras pokonany przez Trullę (Hudibras Vanguished by Trulla), 1725/26, stanowiąca ilustracje do obyczajowego poematu Samuela Butlera pod tytułem Hudibras. „Uprawiamy nieograniczony proces twórczy, którego kierunek możemy odwrócić. Możemy cofnąć czas i namalować najpierw finalną pracę, a potem wstępne studia do tego obrazu”. Studia elementów pejzażowych to lustrzana gra przekładów - najpierw tych w wykonaniu samego Hogartha, w procesie wykonywania odbitki graficznej, a następnie w przekładzie z Hogartha na obrazy Grzyba/Osiowskiego. W wyniku dekompozycji przedstawienia siedemna­stowiecznej, angielskiej prowincji perfekcyjnie osiągnięty został efekt NIGDZIE, który nie da je się już odwrócić i złożyć ponownie w znaczącą całość.

Portrety Marilyn Monroe inspirowane były zdjęciami, ilustrującymi popularną biografię aktorki. Zapewne dlatego w obrazie Beauty Shop pojawia się jakiś cień ikonografii pop-artu. „To jest okrutny obraz, bo tam nie ma głowy. Życie Monroe też było okrutne. To jest obraz w pół-oddechu, bo ma niedopełniony kolor”. Chociaż i tak jarzy się bielą otoczoną perłowymi szarościami.

Biała rasa musi biało patrzeć. „Ten obraz zaczął malować Marcin, a ja nie wiedziałem, jak go skończyć. A potem szybko podszedłem i namalowałem tę czaszkę z pracowni, którą miałem na fotografii, i dodałem cyfry, które też tam były".

Wystrzał z afrykańskiej armaty. „Tu miał być motyw afrykański o strukturze spiralnej. Ale tak nie dało się zrobić obrazu, więc Rysio wszedł z kolorem. Teraz już wiem, co to była za armata i możemy zaraz zrobić szkic do tego obrazu”.

Jezioro płomieni podobnie jak kilka innych obrazów Grzyba/Osiowskiego zostało zbudowane na podstawie ornamentalnych układów egipskich hieroglifów. W tym jednak przypadku ikonicznym źródłem był konkretny staroegipski pierwowzór z przedstawieniem drogi umarłych do Krainy Ozyrysa. Występuje tu inny nastrój niż w pozostałych obrazach. Tak jakby artyści przegrali tym razem pojedynek z ikonicznym źródłem o zneutralizowanie jego pierwotnego przekazu. Obwiedziona czerwonym konturem postać na pierwszym planie, której nie ma w pierwowzorze, budzi skojarzenia z „ekshumowanym”, bo nie udało się w tym obrazie uciec z cienia śmierci. „To była bardzo trudna praca. Wałczyliśmy wciąż ze światłem. Ile pracy i ile decyzji, podważanych zaraz w następnym etapie, w to włożyliśmy, to widać miedzy kreskami. I nagle z ornamentu wychyliło sic okrucieństwo”.

 

Wysłuchała i własnymi komentarzami opatrzyła

Dorota Monkiewicz

Alchemia wspólnego działania

autor nieznany, "Rzeczpospolita", 21.03.2003

Prezentacja „Oba” (czynna do 25 marca) to rzadki przypadek zgodnej współpracy dwóch artystów: Ryszarda Grzyba i Marcina Osiowskiego. Grzyb, jeden z najwybitniejszych twórców, którzy debiutowali w latach 80. (należał do warszawskiej Gruppy), w następnej dekadzie wypracował własny styl nacechowany witalnością i humorem, ogromnie efektowny plastycznie. Malarz, a zarazem instruktor judo (ma czarny pas), podchodzi do rzeczywistości z dystansem. Wyczulony na „smak słowa” (pisuje też wiersze), nieraz wplata w kompozycje zakamuflowane teksty. Osiowski, niemal jego równolatek, jest w kraju mało znany. Łączy ich podobne poczucie humoru. Metoda pracy tego duetu przypomina zabawę surrealistów w „trupa doskonałego”: jeden zaczyna, drugi dodaje nowy fragment, i tak dalej, aż dzieło uznają za skończone. Omawiają temat, wybierają motyw przewodni, ale pracują w ciszy, porozumiewając się gestami. Taka alchemia wspólnego działania. Co z niej wynika? „My oba to trzecia osoba” – oceniają w podtytule pokazu.

Na wystawie oglądamy prawie pół setki płócien z ostatnich dwóch lat. Prace są udane, niektóre znakomite, zwłaszcza kompozycja „Biała rasa musi biało patrzeć”, przewrotnie polityczna „Wszyscy sławni Polacy na B. Dżingis-Chan” i nasuwająca erotyczne skojarzenia pracy Chińczycy lubią odżywiać się pieskami”.

Sztuka to nie ziemniaki

autor podpisany AK, "Życie warszawy”, nr 206, 04.09.2003

Galeria Program rozpoczyna nowy sezon wystawą Grupy OBA, w skład której wchodzą Ryszard Grzyb i Marcin Osiowski. W kwietniu artyści pokazali swoje prace w Królikarni.

Ryszard Grzyb (ur. 1956) studiował w pracowni prof. Rajmunda Ziemskiego na ASP w Warszawie, Marcin Osiowski (ur. 1957) na ASP w Antwerpii. Malują razem systemem „zmianowym”: „Ustalamy koncepcję, ale nie to, co kto maluje. (…) Malujemy w milczeniu…kiedy ja maluję, Marcin stoi za moimi plecami. Obserwuje to, co ja robię, i intelektualnie obejmuje proces powstania obrazu. Kiedy ja się męczę i nie wiem, co dalej, wtedy on ma już pełną orientację sytuacji, podchodzi do płótna i kontynuuje. No i tak na zmianę” (Grzyb). „Nasze spotkania w pracowni mają charakter jam sessions. Najpierw zadajemy sobie temat, a potem ja robię podmalówki”. (Osiowski).

Według Grzyba, dla które szczególnie ważna jest autentyczność wypowiedzi „malarstwo pozwala na refleksję, zatrzymanie się i zobaczenie siebie samego”.

Nowa wystawa nosi intrygujący tytuł „Wata dmuchana z miodu w uszach”. Pretekstem do cyklu nowych obrazów stało się pewne zdarzenie – do stolika, który artyści zajmowali w kawiarni podszedł głuchoniemy, chcąc im sprzedać porcelanową figurkę słonia. Tak banalna, zdawałoby się, rzecz, zaowocowała serią niezwykłych, niecodziennych obrazów. Sztuka bowiem, jak  mawia Ryszard Grzyb, „to nie jest produkt codziennego użytku, tak jak ziemniaki lub buraki”.

 

OBA w Arsenale. Obrazy oba

autor podpisany SW, "Gazeta Wyborcza – Poznań", nr 79, 02.04.2004

Wspólna prezentacja twórczości dwóch artystów ze środowiska warszawskiego – Ryszarda Grzyba i Marcina Osiowskiego otwarta zostanie dziś o godz. 18 w Galerii Miejskiej Arsenał. Ryszard Grzyb był członkiem Gruppy, stąd też twórczość jego wyrasta z nurtu tzw. nowej ekspresji. Inspiracją dla jego wczesnych prac były absurdy ówczesnej rzeczywistości, sięgał również do sztuki dziecka. I ludowego prymitywu. Z czasem w jego obrazach zaczyna dominować zmysłowość i dekoracyjność. Marcin Osiowski przez szereg lat mieszkał i tworzył za granicą, m.in.. w Kopenhadze, Antwerpii, Londynie. Odbył wiele podróży po Azji, Afryce, Europie, Ameryce Południowej, które stały się dla niego cennym źródłem inspiracji. Tworzy abstrakcyjne kompozycje malarskie o monochromatycznej gamie barwnej i zróżnicowanej fakturze. Ostatnio obaj artyści ściśle ze sobą współpracują, podejmując próbę tworzenia wspólnych obrazów. Efekt tej współpracy zobaczymy na wystawie „Oba”, którą można oglądać do 21 kwietnia.

O współwykonawstwie obrazów - głównie teoretycznie

Michał Haake, "Gazeta malarzy i poetów", nr 2 (52), 2004, s. 37

Duety wykonawcze w sztuce kojarzą mi się głównie z muzycznymi utworami „na cztery ręce” i dlatego wydało mi się zrazu, że tworzący wspólnie Ryszard Grzyb i Marcin Osiowski rzucają poważne wyzwanie powszechnie chyba zakorzenionemu przekonaniu o wyłączności jednostki na stworzenie dzieła malarskiego (z pewnością bardziej niż architektonicznego) i o konieczności indywidualnego brania odpowiedzialności za efekt końcowy.

Oczekiwanie, że dzieło będzie owocem trudu poszczególnego twórcy, jest w myśleniu o sztukach plastycznych od dawna i trwale obecne. Pliniusz doradzał, że nie powinno się wykonywać dzieł zbiorowych, bo nie przynosi to dość chwały. Mimo że oczekiwanie to najwidoczniej współistniało z odmienną praktyką, przed - oraz romantyczna gloryfikacja geniuszu jedynie je wzmocniła. Ready mades Duchampa i multiple także odsyłają do indywidualnie powołanego czy wybranego pierwowzoru.

Strategia Grzyba i Osiowskiego sugeruje, że mamy do czynienia z novum w historii artystycznych współwykonawstw. Jakkolwiek bowiem posągi wielu barokowych mistrzów odkuwali ich uczniowie, robili to ściśle wedle projektów. Choć mit dającej życie blokowi marmuru „ręki artysty” jest w przypadku twórczości największego rzeźbiarza baroku, Berniniego, nie do utrzymania, to jednak nie można tu mówić o równorzędnym udziale osób trzecich. Wprawdzie za wykresy perspektywiczne w obrazach Matejki odpowiadał Marian Wawrzeniecki, to nazywanie go współautorem Kazania Skargi nie może liczyć na aprobatę. Różnica strategii Grzyba i Osiowskiego jest wyraźna także w stosunku do tworzonych wspólnie przez wielu malarzy panoram. Wiadomo, kto w panoramach za jaką partię malowidła odpowiadał: jeden za postacie, inny za zwierzęta, trzeci za pejzaż, a jeszcze inny za niebo. Patrząc na obrazy Grzyba i Osiowskiego nie poznam autorstwa poszczególnych pociągnięć pędzla.

Zakładając, że artyści nie tworzą obrazu równocześnie (czego jednak wykluczyć się nie da), można sobie wyobrazić, że malują w wolnych jeszcze partiach pola, wyłącznie obok form kształtowanych przez partnera. Wchodzą wówczas ze sobą w ścisłą relację o tyle, o ile każdy wyznacza pole, jakie zostało do zajęcia, ustalając warunki dalszych posunięć. Jednocześnie jednak malujący jest ograniczony przez wymóg pozostawiania, a tym samym ustępowania pola. Ostatecznie, aby proces malowania mógł być kontynuowany, musi przekształcić się w przemalowywane autorskich form Ogólnie rzecz ujmując, nie sądzę, by był to proces twórczy, gdyż rządziłaby nim logika miejsc zakazanych i logika dopełniania

Twórcza wydaje się możliwość zamalowywania wkładu poprzednika. Nie mam na myśli całkowitego zamalowywania, bo wówczas następuje impas i trudno uznać taki obraz za owoc współpracy. Zmiana wprowadzanych przez partnera rozwiązań ma charakter uzupełniania. Uzupełnianie nie pozostawia tego. co zastaje w nienaruszonym stanie, ale uwidacznia pustkę tego, co wyczekuje na uzupełnienie, a wspólne malowanie obrazu jest chyba takim wyczekiwaniem. Gdy bowiem maluje się samemu, zakłada się, ze każde pociągnięcie jest ostatnim w danym miejscu pola, niezależnie od tego, ile razy miałoby być jeszcze poprawiane. Uzupełnianie, nadając nową jakość zastanemu, zarazem je unicestwia. Nie pomnaża znaczeń, ale stwarza zupełnie nowe. Uzupełnione jest widoczne, ale zarazem już niemożliwe do odsłonięcia jako pierwotnie obecne i przez to w ogóle obecne.

Można by zatem taki obraz traktować jako zapis niekończących się uzupełnień, okrzyknąć malarstwem dekonstrukcjonistycznym w tym sensie, że podważa sens zapytywania o źródło - autora, którego psychiki miałby być projekcją. Można by uznać, że obraz odsyła do autora-autorów, ale nie sposób tego, co namalowane, związać z intencją. Nie jestem jednak pewien, czy ze względu na to, że o każdym pociągnięciu pędzla myśli się jako pochodzącym albo od jednego, albo od drugiego artysty malarstwo to nie uruchamia raczej mechanizmu nieustannego odnoszenia do swoich twórców, który nie ma nic wspólnego z dekonstrukcją. Sądzę, że zdaje ono sprawę z opozycji bardziej, niż z „różni”, która, dopiero umożliwia wykształcanie się opozycji. Innymi słowy, obawiam się, że pozostaje interesujące w gruncie rzeczy tylko dla kogoś, kto nie wyobraża sobie odbioru dzieła bez dociekania intencji.

A przecież przemawianie dzieła sztuki polega na tym, byśmy to jego słuchali, a nie odautorskiej intencji, co ilość wykonawców czyni zupełnie obojętną.

 © 2019 OBA (Ryszard Grzyb & Marcin Osiowski)

     fot. Adam Gut

OBA

Ryszard Grzyb & Marcin Osiowski